USA i Kanada 2017

Dodaj komentarz
Ameryka

Błądzenie po amerykańskich miastach  – USA i Kanada 2017

17 maja 2017 roku wybrałem się na najdłuższą samotną wycieczkę po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.  Była to realizacja mojego największego marzenia. Zajęła mi 36 dni i odwiedziłem aż 14 najważniejszych miast położonych na północy Ameryki. Celem tej wycieczki było poznanie tych krajów, zwiedzenie miast, obserwacja miejskiego życia, oraz uchwyceniu tego wszystkiego w obiektywie. Podróżowałem w pełni niezależnie. Mieszkałem w mieszkaniach wynajętych na AirBnb, a między miastami przemieszczałem się autobusami.

Była to też poniekąd wyprawa wgłąb siebie, bo 2 miesiące przed wyjazdem zerwała ze mną moja dziewczyna, z którą planowałem ten wyjazd, więc w trakcie eksplorowania amerykańskich miast, eksplorowałem również swoją duszę w poszukiwaniu złotego środka na udane życie. Ostatecznie wróciłem spełniony, a wycieczkę uznałem za symbol zamknięcia pewnego etapu w życiu i otwarcia nowego.

mapa ameryki

Nowy Jork

Nowy Jork, moje miasto marzeń. Całe życie o nim marzyłem. Zanim je odwiedziłem kilka razy już mi się nawet śniło. Co w nim takiego widziałem? Sam nie wiem. Może dlatego, że jest tak popularne, że było miejscem akcji w wielu filmach, może dlatego, że ma tyle wieżowców i znanych w popkulturze miejsc. Ono jest po prostu dla mnie czymś więcej, ma w sobie coś przyciągającego. Może to tętniące życie?

Zaraz po przylocie, gdy dostałem się na Manhattan, uczucie to było tak nie realne, że miałem wrażenie, że jestem we śnie. Ja z wielkim plecakiem, a dookoła tyle się dzieje, wszystko jest dosłownie jak w amerykańskich filmach! Mimo, że byłem padnięty po długim locie i drodze z lotniska do domu i tak musiałem jeszcze wyjść na miasto, by to wszystko poczuć i zobaczyć. Nawet zapach był inny, to był zapach Nowego Jorku.  Wybrałem się w głąb nocnego Manhattanu. Nie wiedziałem, czy jestem bezpieczny, czy przypadkiem nie idę jakąś złą dzielnicą, ale wszędzie widziałem  biało błękitne wozy z napisem NYPD, więc czułem się spokojniejszy. Pierwsze wrażenie jakie to miasto na mnie zrobiło, było wow, po prostu wow. To jest uczucie, na które nie znam określenia. Wszystko jest tak ogromne, tak wysokie. I to wszystko jest zbudowane przez człowieka. W tle widziałem wieżowiec World Trade Center. Chciałem znaleźć dogodne miejsce by móc zrobić mu zdjęcie i wrócić, ale w końcu nie znalazłem i przeszedłem dobre 3 kilometry aż pod sam budynek. Pierwszy raz widzę coś tak wysokiego. Aż mi się chciało płakać, że to jest realne, że sam tutaj dotarłem. Pojawia się w głowie pomysł, wizualizacja i nagle pach i jestem tutaj!

W Nowym Jorku spędziłem razem około 2 tygodni, jednak uważam, że jest to za krótko na to miasto. Udało mi się zobaczyć większość ważnych miejsc, ale każdy dzień był bardzo intensywny. Miasto jest przeogromne i swoje skarby ma poukrywane w różnych zakątkach. Najważniejsze z nich, które widziałem i polecam, to: Ground zero i One WTC, Muzeum 9/11, Central Park, Times Square, Statua Wolności, Ellis Island, Brooklyn Bridge, Wall Street, Grand Central Terminal, The Museum of Modern Art oraz The Metropolitan Museum of Art. Ale poza tym, polecam po prostu pobłądzić nowojorskimi ulicami, przejechać się metrem, poobserwować, ludzi, życie, architekturę. Na każdym rogu dzieje się coś ciekawego. Ilość wyboru, sklepów, różnorodności, ciekawych zakątków, widoków, parków jest przytłaczająca. Nie da się tam nudzić.

Przemieszczać się polecam metrem, jest ono świetnie zaprojektowane i można się dostać w każde istotne dla nas miejsce w miarę krótkim czasie. Nie polecam roweru. Są nawet rowery miejskie, ale nie ma ścieżek, tzn. jakieś tam są, ale bardzo wąskie. Ulice i chodniki są bardzo ruchliwe, dałem sobie spokój z rowerem po godzinie.

Jedzenie w NY jest świetne. Jest to miasto jedzenia. Wszędzie są lokale do wyboru do koloru, kuchnie całego świata. W Ameryce mają sporo takich swoich sieciówek, które bardzo polubiłem. Jedzenie przyrządzają szybko jak w fastfoodzie, a smakuje jak z porządnej restauracji. Jednak te fastfoody które my znamy jak: McDonalds, Burger King, KFC w Stanach są dużo gorsze. Dosłownie tam to jedzenie smakuje jak z jadłodajni.

Z minusów co mi się bardzo rzuciło w oczy to ogromne rozwarstwienie społeczne. Bardzo dużo bezdomnych i żebraków. To jest prawdziwa miejska dżungla i albo jesteś silny albo giniesz. Nie ma państwa opiekuńczego i zapomóg.
Jest bardzo głośno, już nie mówię o zwykłym szumie ulicznym, a o ilości syren. Wszędzie słychać policje, karetki i straż pożarną na sygnale, chociaż z drugiej strony to trochę dodaje uroku temu miastu, nie wyobrażam sobie cichego Nowego Jorku.
W wielu miejscach było bardzo brudno, nawet w tych bogatych i luksusowych miejscach. Wszędzie było uliczne żarcie na takich wózkach lub przyczepkach. Nawet tego nie próbowałem gdy byłem głodny, bo wyglądało to obrzydliwie. Na szczęście w innych miastach tego nie było.

Ludzie są bardzo różnorodni, bardzo różnie się ubierają i są prawdopodobnie z każdego zakątka świata. Jest bardzo dużo ładnych kobiet i przystojnych mężczyzn. Zauważyłem, że mnóstwo ludzi w każdym wieku i pozycji społecznej ma tatuaże. Wielu ludzi ma bardzo oryginalne style ubioru, szczególnie w metrze jest to zauważalne.  Jedno zdarzenie jakie zapadło mi w pamięci było jak zaraz po przylocie jechałem metrem przez Brooklyn w stronę Manhattanu i nagle wsiadł prawie dwumetrony ogromny biały mężczyzna przebrany za… hello kitty, do tego miał rude afro i był cały obwieszony jakimiś świecidełkami. Pomyślałem sobie, okeeej, już kocham to miasto.

Ale z zachowania nowojorczycy są zwyczajni, nie są jakoś przesadnie mili, albo niemili, tak jak u nas. Chociaż czasami byłem świadkiem jak jakiś świr krzyczał w matrze jakieś przemowy, to też kojarzę z filmów i to jest faktyczne. Ale też dużo jest fajnych i pomysłowych ludzi robiących jakieś publiczne przedstawienia, albo grajkowie dorabiający sobie.

Filadelfia, Baltimore, Waszyngton, Pittsburgh, Cleveland

Na te miasta miałem tylko kilka godzin, więc opiszę je razem.

Filadelfia wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Miasto wygląda tak, jakby nie mogło zdecydować się w jakim chce byś stylu. Jeden budynek neoklasyczny, obok szklany biurowiec, obok brutalistyczny kloc, a najwięcej szarej nijakiej architektury. Oczywiście Nowy Jork to też była mieszanka wszystkiego, ale tam to wszystko razem tworzyło jakiś styl. Filadelfia było widać, że jest biedniejsza. Nigdzie indziej nie widziałem jeszcze kolejki bezdomnych po darmowy obiad. A to właśnie było tam, smutne. Nie wiem czy polecam samo miasto, ma kilka ładnych miejsc, ale jako całokształt było takie trochę szare.

O Baltimore słyszałem złe opinie, że podobno jest to największa dziura Ameryki, a na mnie własnie wzbudziło pozytywne odczucia. Baltimore jest takim spokojnym miasteczkiem. Jest podzielone na część starą i nową. Nie wiem jak bardzo jest biedne, ale jest zadbane. Ma taki nadmorski klimat. Lokale z szyldami „sailors welcome”. Co ciekawe znajduje się tam nawet jakaś polska mniejszość, czego nigdzie wcześniej nie znalazłem czytając o tym mieście. Ale nie ma jakichś większych atrakcji, jest po prostu miłe do pospacerowania, 2-4 godziny wystarczą.

Waszyngton to był chyba największy niewypał ze strony pogody, bo na miasto miałem przeznaczone około 6 godzin, z czego 3 tak lało, że nie dało się wyjść poza dworzec. W końcu gdy wyszedłem miałem już tylko 2 godziny, więc szybko udało mi się zobaczyć Kapitol, pomnik Waszyngtona oraz pomnik Lincolna. Niestety na Biały Dom zabrakło już czasu, a to dla tego, że cały ten park od Kapitolu do Lincolna mierzył około 4km długości. Udało mi się to przejść, ale Biały dom był już w inną stronę i musiałem już zamówić taxi by wrócić na dworzec. No szkoda, może jeszcze kiedyś tam wrócę. Podobała mi się stolica. Myślę, że jest to jedno z tych najważniejszych miejsc do zobaczenia w USA. Samego miasta nie widziałem za wiele i też jestem ciekaw jak wygląda poza tym głównym parkiem.

Pittsburgh wybrałem, ponieważ znajdował się na mojej drodze do Chicago i byłem ciekaw jak wyglądają mniej znane miejsca w Ameryce. Pittsburgh był idealny, bo miasto dosłownie nie słynie z niczego. Na googlach nie znalazłem ani jednej atrakcji, więc dla mnie miało to jakąś dodatkową aurę tajemniczości. Do Pittsburga przyjechałem o 6 rano. Jechałem całą noc z Waszyngtonu. Od rana przywitał mnie deszcz, więc trochę próbowałem iść, ale głównie szukałem suchego zadaszenia. A jakie jest miasto? Również wysokie, ale takie… tajemnicze. Czułem się w nim obco. Miałem wrażenie, że ludzie się na mnie patrzeli pytająco, czego ja tutaj szukam z tym aparatem jak tutaj nic nie ma. Jest kilka wieżowców, jakiś stary kościół w centrum, dużo mostów i ładny punkt widokowy. Miasto jest takie, jak widać na zdjęciach. Nie było żadnych ukrytych niespodzianek.

Cleveland. Z tym miasteczkiem podobnie jak z Baltimore. „Po co jedziesz do Cleveland? Tam nic nie ma”, słyszałem od niejednego napotkanego. A mi się podobało! Cleveland miało również taką aurę tajemniczości. Nikt tam nie jeździ, nic tam nie ma, ale samo w sobie jest miłe wizualnie, zadbane. Z ciekawostek to się dowiedziałem, że tam powstał termin „Rock n’ Roll” a następnie po prostu Rock jako gatunek muzyczny. Polecam do pospacerowania.

Chicago

Droga do Chicago była długa i monotonna. Usiadłem obok jednej dziewczyny. Zachęcony tym, że inni współpasażerowie zaczynali się poznawać nawzajem (to jest to, co bardzo polubiłem w Ameryce – otwartość ludzi), postanowiłem sam do niej zagadać. Zapytałem o coś, co w sumie już wiedziałem (ale trzeba było jakoś przełamać pierwsze lody), czyli czy Chicago jest w innej strefie czasowej:) i rozmowa już cię całkiem miło rozwinęła. Była z Cleveland, ale żyła w Chicago. Zapytałem, czy może nie chciałaby mi pokazać swojego miasta, ale trochę z bólem odparła, że ma chłopaka jest zajęta. Ech co za życie, ale chociaż spróbowałem.

Chicago było jednym z większych celów tej wyprawy, drugie najwyższe (i największe?) miasto po Nowym Jorku. Na pierwszy rzut oka może go nawet przypominać, ale w rzeczywistości trochę się różni. Po pierwsze nie jest tak duże jak Nowy Jork. Samo centrum, w którym znajdują się wieżowce i wszystkie atrakcje da się obejść w 2 dni, a jeśli ktoś się zepnie, to nawet w jeden dzień. Jest to bardzo ładne miasto, bardziej zadbane, czystsze i bardziej ułożone architektonicznie. W 1871 prawie doszczętnie spłonęło w „Wielkim pożarze”, zostało zaprojektowane i wybudowane praktycznie od podstaw. Miasto robi wrażenie, oczywiście wieżowce, znajdują się tutaj aż 3 najwyższe w USA i tworzą one niepowtarzalny styl tego miasta. Najbardziej mi się podobał John Hancock Center. Czarny budynek w kształcie trapezu z dwoma iglicami. Szczególnie w nocy, wygląda jak z jakiegoś mrocznego filmu a la Blade Runner.
Wszedłem na szczyt dwóch tych najwyższych wieżowców Willis Tower i John Hancock Center, odwiedziłem Grant Park – odpowiednik nowojorskiego Central Parku. Znajduje się tam ogromna i piękna fontanna, wielki chromowany donut – jedna z turystycznych atrakcji oraz różne muzea. No i plaża nad jeziorem Michigan, które wygląda jak morze. Idealne miejsce by sobie usiąść i podziwiać sylwetkę wielkiego miasta.

Wśród nas Polaków Chicago również słynie z największego skupiska Polonii w Ameryce. W internecie znalazłem, że jest taka dzielnica, gdzie są same polskie sklepy, flagi i wszędzie nasi. Pojechałem tam by to sprawdzić. Potoczna nazwa „Jackowo” dzielnicy Avondale znajduje się około 10 km na północny zachód od Downtown (centrum). Gdy tam dotarłem nic szczególnego nie zauważyłem. Szukałem tych polskich sklepów dobre 2 godziny krążąc dookoła. W końcu poszukałem w internecie adresu jakiegoś kościoła i się znalazł. Kościół pod wezwaniem Św Jacka. To od niego wzięła się nazwa dzielnicy. Tuż obok wyszedłem na główną aleję i faktycznie znalazłem w końcu polskie sklepy. Bardzo mi się miło zrobiło, ale też smutno, bo nie wyglądało to tak, jak na zdjęciach w internecie. W rzeczywistości mamy zwyczajną ulicę gdzie znajdują się może trzy polskie sklepy na krzyż, jakaś apteka, restauracja Staropolska i dwie knajpy… i to wszystko. Na próżno szukać kolorowych murali z polskimi flagami. Znów wszedłem do internetu i zacząłem czytać coś więcej o tej dzielnicy. Dowiedziałem się, że polskie Jackowo okres swojej świetności miało w latach 80. a już w połowie lat 90. Polacy przestali się tam osiedlać i rozproszyli się na skutek osiedlania się innych mniejszości (głównie Meksykańskiej).

Detroit

Tego miasta się bałem. Wszyscy mi go odradzali, ale byłem bardzo ciekaw jakie ono jest w rzeczywistości. Detroit ma bardzo złą sławę i według policyjnych statystyk jest najniebezpieczniejszym miastem w Ameryce. Jeśli ktoś jeszcze nie zna, polecam zapoznać się z historią tego miasta. W internecie można znaleźć sporo ciekawych artykułów na ten temat, jednak jakichś praktycznych informacji dla turystów, poza tym żeby tam nie jechać jest jak na lekarstwo, więc znów nie wiedziałem czego się spodziewać.
I faktycznie jest inne i niepowtarzalne z tym co widziałem do tej pory. Jest bardzo zapuszczone i opuszczone. W samym centrum znajdują się opuszczone budynki a między nimi nic lub parkingi. Zakładam, że tam mogły stać kiedyś budynki, które już wyburzono. Jednak samo centrum sprawia wrażenie jakby powoli się odradzało. Dużo różnych ozdób, lampeczek, instalacji, parków, rzeźb, lokali. Zaskoczyło mnie to, że było to pierwsze i jedyne miasto w Ameryce, w którym widziałem tyle rowerów i to nie byle jakich rowerów, a takich fajnych, odpicowanych, z lampeczkami jak choinki bożonarodzeniowe. Wprowadzało to wyjątkowy dla tego miasta klimat.
Teren jest płaski jak stół, więc Detroit idealnie nadaje się do jazdy rowerem. Ulice i chodniki są bardzo szerokie.

Jeżdżąc i chodząc po tym mieście nie czułem jakiegoś wielkiego zagrożenia głównie dlatego, że nie było nikogo, kto mógłby mi coś zrobić. Miasto wyglądało jak wymarłe. Na ulicach prawie w ogóle nie było ludzi, a tych których spotkałem byli bardzo mili i uprzejmi dla mnie.
Detroit jest to świetne miejsce dla artystów poszukujących inspiracji. Ja chodząc między budynkami prawie nie odrywałem oka od aparatu. Jest bardzo rozległe w swojej powierzchni. Można cały dzień jechać prosto rowerem i ciągle być w tym mieście. Czasem jest monotonne, czasem jest tak, że nie można się ruszyć z miejsca tyle jest ciekawych obiektów. Stare opuszczone fabryki, kościoły z których wyrastają drzewa, zarośnięte chodniki, całe dzielnice z opuszczonymi domkami. Nie bez powodu Detroit wybrano jako miejsce do nakręcenia Robocopa.
Bardzo polecam to miasto. Oczywiście jak wszędzie, warto zachować ostrożność.

Toronto i Niagara

Gdy już przekroczyłem granicę, byłem pewien że tutaj już raczej nic mi nie grozi, bo Kanada słynie z bardzo bezpiecznego kraju. Mówią, że Toronto jest trochę jak kanadyjski Nowy Jork, ale ja porównałbym je bardziej do Chicago. Jest jeszcze bardziej czyste, zadbane i nowoczesne. Pierwsze co mi się najbardziej rzuciło w oczy, to widać jak Kanadyjczykom zależy na tym, by być najbardziej przyjaznym krajem na świecie. Bardzo dużo tęczowych flag, jest nawet jedna ulica, gdzie wszystko jest na tęczowo. Toronto jest ładne, ma dużo parków, ale miałem wrażenie, że miasto jest trochę pozbawione jakiegoś klimatu. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale ja sam nie czułem się bardzo podekscytowany chodząc tam. Może jest zbyt „grzeczne”? Nie wiem. Nie ma tam również czego zwiedzać. Ot po prostu miasto, ale ani architektonicznie ani wizualnie niczym konkretnym się nie wyróżnia. Ma tę swoją wieżę CN i kilka ładnych budynków jak Royal Ontario Museum, Museum of Modern Art, ale tak poza tym nic więcej nie zauważyłem. Być może jest dobre do życia, ale turystycznie nie jest specjalnie ciekawe.

Wodospad Niagara był super. Znajduje się około 100km od Toronto, na granicy z USA. Jak już się tam będzie bardzo polecam wykupić krótki rejs statkiem pod sam wodospad. Super przeżycie! Wodospad sam w sobie nie jest jakiś bardzo duży. Lepiej wygląda na zdjęciach z góry, ale będąc tam i tak czuje się tę moc.

Ottawa

Ottawa jest trochę jak Waszyngton, również niespecjalnie wielkie miasto. Chociaż ma prawie milion populacji, samo centrum jest malutkie. Znajduje się tam ogromny parlament wyglądający jak średniowieczny zamek, przepiękna katedra oraz, kilka szklanych biurowców. Miałem na nią przeznaczone kilka godzin i było to wystarczająco. Ma miłą atmosferę. Mogę polecić to miasto, gdyby ktoś był przejazdem. Jest idealne na popołudniowy weekendowy spacer. Jako bonus mojej wycieczki załapałem się na imprezę urodzinową właściciela mieszkania w którym wynająłem pokój na jedną noc. Bardzo fajni i mili ludzie.

Montreal

Montreal to jest jakiś fenomen. Każdego kogo napotkałem podczas tej podróży i pytał gdzie jadę, koniecznie mi polecał Montreal jako najlepsze miasto na świecie. Miałem więc bardzo wysokie oczekiwania i nie potrafiłem sobie wyobrazić co tam takiego niesamowitego się znajduje.
Gdy pierwszego dnia chodziłem i rozglądałem się, muszę przyznać, że się rozczarowałem. Ma co prawda super punkt widokowy, parę zabytków na starym mieście, ale tak poza tym nic specjalnego. Jednak drugiego i trzeciego dnia odkryłem coś innego.

Montrealu nie jedzie się oglądać, do Montrealu jedzie się żyć. Nie byłem jeszcze w żadnym mieście, w którym nie działo by się tyle wydarzeń jednocześnie i które by nie miało tyle „drobnych” atrakcji. Nie wiem jak to nazwać, ale to jest miasto skarbów, i niespodzianek. Miasto artystów i kreatywności. Prawie na każdym kroku znajdują się jakieś instalacje, rzeźby, flagi, parki, dekoracje, murale, fontanny. Cudowna sprawa. Gdy tam byłem i przechadzałem się między uliczkami, w tym samym czasie działy się chyba 3 różne festiwale muzyczne oraz Grand Prix Formuły 1. Jako dodatkowa atrakcja dla mnie, to było tam mnóstwo rzadkich supersamochodów. Także ostatecznie sam zrozumiałem co ludzie mieli na myśli polecając mi to miejsce. Jednak ostrzegam, by zrozumieć to miasto trzeba się w nie wczuć, bo na pierwszy rzut oka nie będzie niczym szczególnym.

Quebec

Montreal i Quebec to są dwa w pełni francuskojęzyczne miasta w Kanadzie. O ile Montreal był jeszcze w miarę normalny pod tym względem (wszystkie informacje były we francuskim i angielskim), o tyle Quebec miałem już wrażenie, że chciał być bardziej francuski od samej Francji. Jeden Kanadyjczyk mi powiedział, że Quebec uchodzi za kiczowate miasto w Kanadzie i chyba coś w tym jest. Co prawda Francuzi je zbudowali w swoim stylu, ale odniosłem lekkie wrażenie jakby to była taka replika Europy w Ameryce. Dosłownie stare miasto, centrum Quebec nie przypomina w ani jednym calu, że znajdujesz się na amerykańskim kontynencie. Oczywiście jest bardzo ładne i klimatyczne. Bardzo lubię takie górzyste miasteczka ze starymi kamienicami i wąskimi uliczkami, ale to jakby trochę nie pasowało do tego kontynentu. Jednak mimo wszystko gdy już się